Hobby

Pokonać „Mistrza”

W latach 60-tych, Ford miał już prawie wszystko. Legendę charyzmatycznego właściciela, masę świetnych patentów, gargantuiczne wyniki sprzedaży i masę wygranych w NASCAR. Jednak te sukcesy nie miały większego znaczenia na starym kontynencie. Tu liczyły się tylko dwie dziedziny: F1 i Le Mans.

Ford GT40

Wtedy do biura Henry’ego Forda II przyszedł jeden z kierowników FORD MOTOR COMPANY, Lee Iacocca. Wizjoner włoskiego pochodzenia. Zamknął za sobą drzwi i z przyspieszonym oddechem wyrzucił z siebie „Wiem jak podbić Europę!!”. Ich rozmowa to początek burzliwego epizodu, który zakończył się nie tylko narodzinami legendy, ale również utarciem nosa mistrzowi mistrzów. Posłuchajcie…

Gdy Henry Ford II usłyszał od Iacocca magiczne słowa – „zarobimy miliony” natychmiast zaangażował się personalnie. Plan był prosty. Kupić europejskiego „Mistrza Le Mans” i postawić Forda na wszystkich stopniach podium. Pieniądze nie grały roli. Iacocca załatwił wszystkie formalności i w krótkim czasie rozmowy nabrały bardzo poważnego tonu. Jednak w ostatniej chwili, kiedy miały już zostać złożone podpisy na dokumencie przejęcia, europejski „Mistrz Le Mans”, podarł umowę i zakończył rozmowy. Powiedzieć, że Ford był wściekły, to nie powiedzieć nic. Postawił jednak na swoją starą zasadę – „Nie złość się, odegraj się”. Postanowił, że ugodzi „Mistrza” tam, gdzie zaboli go najbardziej. Zniszczy go w Le Mans.

Ford GT40

Był jednak jeden problem. Żaden amerykański producent nie osiągnął nigdy chociaż drobnego sukcesu w słynnym 24-godzinnym wyścigu, o podium nie wspominając. Ford miał natomiast trzy, bardzo ważne atuty. Legiony bardzo dobrych inżynierów, hektary sześcienne dolarów i potężne ego. Był 1963 rok, kiedy Henry Ford II dał swoim pracownikom rok na zbudowanie pogromcy Mistrza. Nawet z takim zapleczem było to prawie niemożliwe. W projekt zaangażował się sam Carol Shelby, wyduszając z fordowskiego V8 wszystko, co mógł dać. I w końcu, wiosną 1964 roku na New York Auto Show, Ford pokazał swoje dzieło. Nazwał je GT 40, bo odstawało zaledwie 40 cali od ziemi. Wiele ryzykowali: tego dnia miała też miejsce premiera Forda Mustanga, który przy Ford GT 40 wyglądał jak zdeformowany kucyk. Ale pokazywało to jak poważnie Henry Ford II wziął do siebie odrzucenie oferty.
GT 40 miał wszystko co potrzeba. Centralnie umieszczony mocny silnik, skrzynię ZF z układem trans axle, olbrzymie hamulce i wagę 832 kg. I tak 20 Lipca 1964 roku Ford po raz pierwszy stanął na linii startu 24-godzinnego wyścigu Le Mans. Morale było wysokie. Auta padły i przegrali, ale napędzili niezłego stracha „Mistrzowi”. Na wyścig w 1965 roku Ford rzucił kolejne metry sześcienne dolarów i jeszcze mocniejsze silniki. Auta znowu padły i przegrali a „Mistrz” znowu dominował na podium.
Ford postanowił zmienić taktykę i zaaplikował kilometry sześcienne dolarów. Na wyścig 1966 roku wystawił aż 13 aut. Większość znowu się zepsuła, oprócz trzech, które miały tak potężną przewagę nad resztą, że zapewniły sobie 1, 2 i 3 miejsce na podium. Ford dopiął swego, a „Mistrz” gryzł swoje buty z wściekłości. I gryzł je znowu w 1967, 1968 i 1969 roku, gdy GT40 absolutnie dominowały w 24-godzinnym wyścigu.

Ford GT40

Ta historia jest tym bardziej imponująca, jeśli weźmiemy pod uwagę kim był tajemniczy „Mistrz”.
A był nim nikt inny, jak sam Enzo i jego firma Ferrari.

Materiał opublikowany gościnnie przez autora bloga 98 Oktanów, jednego z najlepszych polskich blogów o historii motoryzacji.

Komentarze